|
Sięgając myślami w przeszłość, do czasów naszej edukacji, pierwsze, co przychodzi nam na myśl, to oczywiście wspomnienia związane z nauczycielami. Niektórzy po dziś dzień, straszą nas w koszmarach sennych. Niektórych wspominamy z wielka sympatią i rozrzewnieniem. Niektórych prawie nie pamiętamy. Ale są tacy, którzy zapadają nam głęboko w pamięci, dzięki swoim niekonwencjonalnym metodom nauczania. Przykłady takich pedagogów można by mnożyć. Ale jest jeden, który swoją oryginalnością, bije wszystkich innych na głowę. Wychowawca naszej klasy… Pan W. Osoba, która wzbudzała wiele kontrowersji. Osoba wzbudzająca w nas niesamowicie dużo emocji. Człowiek, który potrafił swoją oryginalnością, doprowadzić nas do śmiechu, albo do szewskiej pasji. Przykłady można podawać w nieskończoność. Niektóre „kwiatuszki” wymyślone przez niego stały się wręcz legendą. W ramach wspomnień, przytoczę parę „hitów” Pan W. Jako nauczyciel prowadzący pracownię techniczną, często robił nam sprawdziany wiadomości teoretycznych. Były one przeprowadzane w formie pisemnej. Zdawać by się mogło, sprawdzian to sprawdzian. Jednak nie. Nie było to zwykłe odpowiadanie na postawione przez nauczyciela rzeczowe pytania, aby mógł on zorientować się, ile zdołał wtłoczyć nam wiedzy, w nasze oporne głowy. Tzn., pytania były. Były nawet rzeczowe i na konkretne tematy. Niezwykła była forma i oprawa takiego sprawdzianu. Siedzieliśmy w ławkach po dwie osoby. Przed nami leżały czyste kartki papieru i przybory do pisania (nic poza tym nie miało prawa znaleźć się na ławce) Kartki papieru, na które mieliśmy przelać wiedzę, jaką posiedliśmy w trudzie i mozole. W niektórych przypadkach, kartki do końca sprawdzianu pozostawały czyste. Osoba siedząca z prawej strony ławki rzędu lewego i z lewej strony ławki rzędu prawego, siedziały w kierunku idealnie na wprost. Osoby tzw. skrajne miały obowiązek odwrócić się od swojego współtowarzysza niedoli o 30” Nie mniej i nie więcej tylko 30” Po przedstawieniu nam pytań padało hasło, po którym rozpoczynała się nasza nierówna walka z niedoskonałościami naszej pamięci o wiedzę, jaka powinna znajdować się w naszych głowach. W czasie tego boju, należało siedzieć patrząc prosto w kartkę, trzymając obie ręce na ławce. Każda próba podniesienia głowy z nad kartki, nie wspomnę o odwracaniu się czy rozglądaniu na boki, kończyła się dyskwalifikacją, co związane było oczywiście z oceną, która spędzała nam sen z oczu pod koniec klasyfikacji semestralnej. Nasz Pan profesor, z niezwykłą pasją, dbał o to, abyśmy ściśle przestrzegali narzucone nam przez siebie zasady pisania takiego sprawdzianu. Stał z tyłu. My, nie mogąc nawet podnieść głowy z nad kartki, na którą przelewaliśmy(nazwijmy ją tak) wiedzę, byliśmy narażeni na prowokacje ze strony naszego „Oprawcy”. Zmieniając swoje miejsce (robił to tak cicho, że nie byliśmy w stanie określić gdzie się w danym momencie znajduje) rzucał pęk kluczy na ziemie. Gdzieś w okolice środka klasy. W pomieszczeniu gdzie panowała idealna cisza, mącona jedynie szumem pracujących na najwyższych obrotach, naszych szarych komórek, dźwięk upadającego pęku kluczy, wywoływał, co było oczywiste, dość duże poruszenie, a co za tym idzie odwracanie się tych z nas, których natura nie obdarzyła mocnymi nerwami. Nasz „Prześladowca” skrupulatnie to wyłapywał i delikwent o słabych nerwach był, używając terminu piłkarskiego, wyautowany. Taki sprawdzian był naprawdę niesamowitym przeżyciem emocjonalnym. Posiadał, prócz walorów sprawdzianu nabytej wiedzy, walory doskonałego treningu odporności psychicznej. Następnym „kwiatuszkiem”, były obowiązki dyżurnego klasy, który miał za zadanie dbać o właściwe warunki (nazwijmy je atmosferycznymi) w klasie. Chodzi głównie o temperaturę. Temperatura w klasie musiała wynosić 21” +/- 2” Dyżurny uzyskiwał ją, poprzez zamykanie ewentualnie otwieranie okien. Kąt otwarcia okna, był ściśle znormalizowany i wynosił 30” albo 60” Kolejną taką osobliwością wymyśloną przez naszego bohatera, były dzienniczki ucznia, których kontrolę musieli potwierdzać rodzice swoimi podpisami. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że byliśmy wtedy uczniami 3 klasy Technikum na podbudowie Zasadniczej Szkoły Zawodowej. Mieliśmy po 21 lat. A niektórzy z nas mieli już żony, a nawet dzieci. Przykłady takich „oryginalnych” wymysłów Pana W, można by mnożyć wspominając dawne, szkolne czasy. Byliśmy piękni i młodzi, świat stał przed nami otworem, pęd do wiedzy wypełniał czas, a plany i marzenia dodawały skrzydeł. Z perspektywy czasu patrząc, dochodzę do wniosku, że mimo wszystko, te niekonwencjonalne metody wpajania nam wiedzy, odniosły pożądany efekt. Wielu z nas zdobyło wiedzę, którą wykorzystują w pracy zawodowej. Nauczyło się obowiązkowości i dokładności. Wielu z nas nawet nie zdaje sobie sprawy ile na tym skorzystali. Trzeba przyznać jedno. Profesor W, to chyba jedna z najbardziej oryginalnych i kontrowersyjnych postaci grona pedagogicznego w historii naszej szkoły. Można by rzec, że jest swoistą ikoną naszego „Mechanika” . Nieodłączną częścią historii tej szkoły. Serdecznie pozdrawiam Panie Profesorze W. Jacek Rakoczy
|